Zakulisowe sprawy wystawienia sztuki w teatrze


Obejrzana 5 października 2014 w Sztokholmie sztuka teatralna w reżyserii Wojciecha Adamczyka ”Kolacja dla głupca” była prawdziwą ucztą kulturalną dla publiczności.

Ale to, co dla publiczności było od początku do końca tylko przyjemnością, dla organizatorów było krótką chwilą odprężenia w ferworze przygotowań, mozolnej i heroicznej, momentami dramatycznej pracy.

Zorganizowanie występu teatru jednoosobowego, którego cały ekwipaż i rekwizyty można schować w jednej walizce nie nastręcza tak wiele kłopotów, wysiłku i przygotowań jak przy wystawianiu sztuki, w której gra wielu aktorów; sztuki, dla której konieczny jest transport i montaż całej sceny, dekoracji oraz wielu rekwizytów.

Do wystawienia takiej sztuki przygotowania trwają wiele miesięcy, zdarza się, że i ponad rok. Do przygotowań należą pertraktacje z teatrem, menadżerami, sponsorami, oraz cała procedura papierkowa z podpisywaniem wiążących umów. I zanim do tego dojdzie musi wszystko być zsynchronizowane w czasie. Termin w teatrze tutaj i wolny termin w teatrze przyjeżdżającym. Po podpisaniu umowy następuje proces rezerwacji biletów na samolot, hotelowych miejsc (możliwie blisko teatru, żeby aktorzy mogli szybko dojść bez ryzyka postoju w korkach), rezerwacji miejsc na promie do Szwecji oraz parkingów (duże samochody ciężarowe mają bardzo ograniczone możliwości parkingowe w mieście). Do tego dochodzi wiele spraw takich jak transport pod sam teatr, adaptacja sceny, jej oświetlenie. Obsługa biletowa, sprzedaż, wpuszczanie na salę to nie jedyne z licznych wyzwań, jakim trzeba sprostać przed przedstawieniem.

Z tymi zadaniami panie Elżbieta i Joanna z agencji artystycznej Polart zawsze sobie radzą. Zazwyczaj są to rutynowe kroki nieodłącznie związane z tego typu przedsięwzięciami. Szczęśliwie zwykle wyciąga się wiele par rąk do często bezinteresownej pomocy.

Zdarzają się też niespodzianki, które kładą na barki organizatorek dodatkowy ciężar i nieplanowane zadania. Przed występem kabaretu Zenona Laskowika, w Södermalmskyrkan, który nie jest typową salą teatralną, tylko konferencyjno-kościelną, okazało się w ostatniej chwili, że trzeba przeorganizować scenę i dostosować ją do wymogów przedstawienia. Panie kupiły 17 m materiału i uszyły z niego zasłony, które posłużyły za kulisy. Wypożyczone zostało rusztowanie budowlane, na którym po złożeniu go na scenie, te kulisy zostały zawieszone.

Nie zabrakło wtedy też emocji – akordeon, należący do towarzyszącemu kabaretowi zespołu muzycznego, nie mógł niestety zostać zabrany na pokład samolotu. Los akordeonisty spoczął w rękach pań organizatorek. Okazało się, że w Szwecji nie ma takich akordeonów, na jakim  ów akordeonista zwykle gra, ale pani Elżbieta zmobilizowała wszystkie siły i możliwości, żeby zdobyć instrument. Okazało się jednak, że i ten instrument się nie nadawał i sytuację na pół godziny przed występem uratował Jerzy Malbord, pożyczając swój akordeon.

Tym razem, w związku z przedstawieniem „Kolacja dla głupca” niespodzianek i emocji było więcej. Zdecydowanie więcej. Wyniknęły one z niefortunnej pomyłki teatru Maxim, w którym pierwotnie miała zostać wystawiona sztuka. Na trzy tygodnie przed przedstawieniem okazało się, że sztuka niestety nie może być wystawiona w tym teatrze, ponieważ dokonana była podwójna rezerwacja na dwa różne spektakle w tym samym czasie.

Teatr Maxim zaproponował organizatorkom z Polart-u odwołanie przedstawienia. Dla pani Joanny i pani Elżbiety absolutnie nie wchodziło to w rachubę, nie tylko dlatego, że sprzedano już ponad 500 biletów. Starania o przyjazd teatru z tak dużą obsadą aktorską i techniczną toczyły się już od 4 lat. Bilety na samolot dla całej ekipy były już wykupione, tak jak bilety na prom na transport całego ciężkiego ekwipażu i sceny oraz załogi technicznej. Zarezerwowany był parking dla ważącego 40 ton pojazdu, a także miejsca w hotelach.

Znalezienie w tak krótkim czasie innego teatru, który sprostałby wymogom liczby widzów, jak również szerokiej i bardzo głębokiej sceny graniczyło z cudem.

Organizatorki wydarzenia stanęły przed ogromnym problemem znalezienia w krótkim czasie teatru zastępczego, równie dużego, który pomieściłby 700 osób oraz który, co było najbardziej zatrważające, miałby odpowiednio dużą scenę. Po mozolnych poszukiwaniach odpowiedniego teatru, udało się niemal w ostatniej chwili zarezerwować teatr, mieszczący około 1000 osób, ale niestety, mający scenę płytszą o 3 metry wymagane do scenerii „Kolacji dla głupca”. Organizatorkom udało się podpisać umowę z tym teatrem, noszącym wdzięczne imię Oscar i wtedy zaczęła się mozolna walka z czasem, aby zdążyć przygotować „nowy” teatr do zbliżającego się przedstawienia.

Największym wyzwaniem była…i scena i widownia. Trzeba było je zaadaptować do nowych warunków. Scena musiała być wydłużona o 3 metry kosztem pierwszych rzędów na widowni. W nocy, z czwartego na piątego października, przeddzień przedstawienia od godziny 23.   ekipa techniczna z Maximteatern zaczęła dobudowywać scenę. Praca ta zakończyła się o 4. nad ranem. A już o godz. 8.w niedzielę weszła ekipa techniczna Teatru Ateneum żeby zbudować przywiezioną dekorację. Nie było to łatwe zadanie. Dziewięciu mężczyzn podniosło i przesunęło do tyłu o 1 metr, za pomocą pompy pneumatycznej, ogromną, o wysokości dwóch pięter dekorację ze szwedzkiego przedstawienia, granego w teatrze Oscar codziennie. Dekorację tę, po spektaklu trzeba było  z powrotem popchnąć  na pierwotne  miejsce. Cała ta „akcja”  była niezbędnie potrzebna, gdyż polska dekoracja nie mieściła się na scenie i  kolidowała z kurtyną p/pożarową. A żaden kierownik techniczny teatru nie odważyłby się postawić w tym miejscu dekoracji, gdyż nie ma też takiego ubezpieczenia, które by pokryło ewentualne szkody w razie, gdyby taka kurtyna spadła.

Gdy dekoracje były już ustawione można było zająć się oświetleniem. Oświetlenie w tym teatrze było ustawione jakby „na stałe”ponieważ było przygotowane do szwedzkiego spektaklu i nie można było tego ruszyć ani wynająć gdyż kosztowało by to niezwykle dużo.   Znaleziono w piwnicy 12 zapasowych lamp i panowie wdrapywali się na wysokie rusztowanie i montowali je z gracją wprawnych cyrkowców. Niektórym reflektorom brakowało żarówek i trzeba było je szybko zdobyć. Budowanie i urządzanie sceny  trwało do godz. 16.00 a już o godz. 17.00 aktorzy przyszli na próbę. To były mordercze godziny dla wszystkich w to zaangażowanych.

Innym problemem, który wiązał się z przeniesieniem przedstawienia do innego teatru, były bilety i miejsca siedzące dla widzów. Na biletach, wydrukowanych i sprzedanych w teatrze Maxim były numeracje w żaden sposób nie pasujące do numeracji w teatrze Oscar. Pani Joanna i pani Elżbieta wymyśliły nowy system numeracji, tak, by rozplanowanie widowni odbyło się w sposób jak najbardziej zbliżony do tego w teatrze Maxim oraz tak żeby każdy z posiadaczy biletów mógł szybko znaleźć swoje miejsce i uniknąć niepotrzebnych kolizji na sali tuż przed rozpoczęciem spektaklu.

Panie organizatorki wypisały nowy plan miejsc, oznakowały w inny sposób rzędy i z pomocą kilku wolontariuszek nakleiły nowe numery na każdym z siedmiuset krzeseł i wydrukowały 400 ulotek informujących o nowym układzie foteli.  Przybyli widzowie nie odczuli niedogodności wynikłych z przeniesienia sztuki, nie było ani jednego incydentu, ani sytuacji, żeby ktoś nie wiedział, gdzie jest jego miejsce.

Te trzy tygodnie były prawdziwym wyścigiem i z czasem i ze znajdywaniem rozwiązań na ciągle pojawiające się niespodzianki. W tym wszystkim wspaniale znalazł się też Andrzej Jakubicki, który przejął na swoje barki całkowite prowadzenie domu z zakupami i gotowaniem obiadów odciążając tym samym pracującą na cały etat w szkole żonę.

Nie sposób też pominąć tego, że należą się wyrazy uznania dla pań organizatorek, które dzięki swojej odpowiedzialności i katorżniczej pracy przed występem sprawiły, że mogliśmy w pełni cieszyć się przedstawieniem.

Monika Henriksson

Foto: TOMASZ LIPCZYNSKI